[ Pobierz całość w formacie PDF ]
. Mówiłem, żebyś trzymała się z dala odpolityki, a ty swoje.Zacznij wreszcie myśleć rozsądnie i słuchaj starszych. Dobrze do głosu Marii wtargnęła urzędnicza powaga. Na razie odpuszczam Dębskiemu, najpierw musi pan załatwić tegosukinsyna, co do mnie wydzwania.Raz mi grozi, raz błaga o spotkanie.Niewiem, co robić? Proszę się z nim umówić poradził, dostosowując się do jej bezbarwnegotonu, doceni. Pan oszalał! oburzenie poderwało Marię z kanapy. O.przepraszam podniosła ręce na znak.że się poddaje. Ja mam się z nim umówić? Zachińskiego boga.On chce mnie zabić. Powiedział to pani? spyta! docent, patrząc na nią bez zaciekawienia. Czy musiał mówić? Czy ja tego nie czuję? Czy ja mam do czynienia zmężczyznami od dziś? zasypała go pytaniami. Ten szykuje mi jakąśbrzydką niespodziankę.Chce, żebym się z nim spotkała na rogu Alei iMarszałkowskiej.Dlaczego nie w kawiarni? Właśnie ożywił się docent. O żadnym skrzyżowaniu nie ma mowy.Strzeli do pani i pryśnie skradzionym samochodem.Nikt go nigdy nie złapie.A jak pani go ocenia po glosie, jest miody czy stary? Młody, z całą pewnością, nawet bardzo młody. Czy dzwoni zawsze ten sam? głos docenta brzmiał oficjalnie i sucho. Tak odpowiedziała bez wahania. Nigdy nie mówi przez chusteczkę.Nie zmienia głosu.Wie.że go nie znam.Czasem tylko głos mu się tak dziwniełamie, jakby z trudem wstrzymywał płacz. Prawdopodobie to jakiś wariat, który na własną rękę wymie rzasprawiedliwość kobietom. docent urwał nagle speszony. Takim jak ja? podpowiedziała Maria z pobłażliwym uśmiechem.Docent pominął jej uwagę milczeniem i wrócił do pytań. Zorientowała się pani, skąd dzwoni? Z automatu? Tak.Zawsze potwierdziła zdecydowanie. Umówi się pani z nim tutaj. Nie, za nic w świecie, zresztą on tu nie przyjdzie, będzie się bał.W domuzawsze ktoś jest i on o tym wie. Zledzi cię? zapytał wystraszony Polkowski. To chyba jasne, inaczej skąd by wiedział, że od kilku dni nie wychodzę zdomu? Proszę nadal nie wychodzić i przestać się nim przejmować poleciłniedbale docent, który skoncentrował się bez.reszty na łowieniu cudownegobukietu bijącego z kieliszka.Na jego ascetycznej twarzy pojawiło się uczuciebłogości. Aatwo panu mówić Maria zrobiła żałosną minę, pan jestmężczyzną i nikt panu nie grozi, a ja nie śpię po nocach, nerwy mam wkawałkach, nie mogę się skupić na pracy, nic, tylko myślę, kto to może być,dlaczego się mnie czepia.Nie zrobiłam nikomu nic złego. Niech się pani uspokoi docent tym razem obdarzył ją życzliwszymspojrzeniem. Proszę tylko stosować się do moich zaleceń i robić co każę.Jakakolwiek inicjatywa z pani strony nie jest wskazana.Czy pani mniezrozumiała? A czego tu nie rozumieć, do cholery! Myśli pan, że słowo inicjatywa jestdla mnie za trudne? w oczach Marii błysnęły zielone ogniki gniewu. Do niczego nie dojdziemy, jeżeli pani będzie się obrażać o każde słowo powiedział matowym głosem docent. Proszę posłuchać! Jeżeli onzadzwoni, umówi się pani z nim tutaj.Panienki wyśle pani na spacer.Zwieżepowietrze dobrze im zrobi.Resztę proszę zostawić mnie. Pan naprawdę zwariował zaśmiała się chrapliwie Maria. Mam tu czekać na niego sama, w tym ogromnym mieszkaniu? Wystawiaćsię na ciosy? Nic się pani nic stanie przekonywał ją docent. To drugie piętro, bezbalkonu, do środka można się dostać tylko tymi drzwiami wstał i fachowym okiem obejrzał zamki a te są solidnie zabezpieczone. Za Boga nie zostanę tu sama.Boję się wyszeptała ze wstydem. Nic się pani nic stanie, przyrzekam tłumaczył z pewnym znużeniem.-Dlaczego pani mi nie ufa? Jestem pani gorylem, będę panią o chraniał.Będę. Przepraszam przerwała mu niegrzecznie. Tu nie chodzi o pana.spojrzała z przestrachem na Polkowskiego i zawahała się ja w ogóle nie mam zaufania do naukowców.Wezmy na przykład jego wskazała na Polkowskiego, bojąc się jednocześnie spojrzeć mu w oczy onma chyba więcej tytułów niż pan.I co? Dostał takiego kopa.że się za Uralemzatrzęsło. Nie przyszedłem tutaj rozmawiać o polityce skrzywił się z niesmakiemdocent. Pani wybaczy, to mnie niepomiernie nudzi.Uważani naszą rozmowę za skończoną skłonił przed nią głowę i skinął naPolkowskiego. Idziemy?Polkowski podniósł się niechętnie z kanapy i z prawdziwym żalem objąłoczami butelkę koniaku, dopiero potem zwrócił się do Marii: Są ludzie, którym nie można pomóc, żeby się człowiek nie wiem jakstarał.Ona nie ma zaufania do naukowców' ! pogarda dla Marii walczyław nim ze współczuciem.Doprawdy! Ta kobieta przez tyle lut niczego się nienauczyła.Niepotrzebnie zaprzątał sobie nią głowę. A do kogo ty maszzaufanie? podniósł glos. Do nich? To idz do Dębskiego i poproś go oochronę.I nie zawracaj głowy porządnym ludziom!Tym razem Maria przeraziła się nie na żarty.Rzuciła się do drzwi jak Rejtan irozpostarłszy ramiona zasłoniła nimi wyjście. Przepraszam, panie docencie, bardzo przepraszam gotowa była nawetklęknąć. Niech się pan nie gniewa.Jestem głupia, niewykształcona i mielęjęzorem bez potrzeby.Niech pan nie zwraca na to uwagi.Zrobię, co pan każe.Umówię się z nim, wyślę panienki na spacer.Docent mimo próśb Marii nie odszedł od drzwi, spojrzał na nią z ukosa i rzuciłmetalicznym głosem: Może rzeczywiście powinna pani zwrócić się do Dębskiego? On dużomoże.a znacie się nie od dziś. Pan nawet wie, od kiedy? nie mogła powstrzymać się od uszczypliwości.Szyderstwo i kpina stały się jej drugą naturą. Nie zaprzeczyła zzaciętością do niego się nie zwrócę, a wie pan dlaczego?Doceni i tym razem nie odpowiedział, przechylił tylko lekko głowę w jejstronę. Po pierwsze zaczęła się zastanawiać oni mogliby mnie wyrolować.tak jak zrobili to z innymi.Po drugie nie chcę im pokazywać, że jestem słaba,że się boję.Silni liczą się tylko z silnymi.Wy natomiast od dłuższego czasumacie, jak to się mówi.cykora.To mi odpowiada, ale nie ustaliliśmy jeszczenajważniejszej rzeczy, czyli ceny.Niech pan siada, panie docencie, i pi je.proszę.To dobry koniak podsunęła mu Remy Martin, uśmiechem zaśprzepraszała Polkowskiego
[ Pobierz całość w formacie PDF ]